Żył w ziemi US człowiek imieniem Hiob. Był to mąż sprawiedliwy, prawy, bogobojny i unikający zła.
Księga Hioba 1,1 1126843+4
Zabierz, Panie, całą moją wolność,
moją pamięć, mój rozum i całą moją wolę,
wszystko, co mam i co posiadam.
Ty mi to, Panie, dałeś, Tobie to zwracam.
Wszystko jest Twoje.
Rozporządzaj tym według Twojej woli.
Daj mi tylko Twoją miłość i łaskę,
a to mi wystarczy.
Amen. Św.Ignacy Loyola
Mam na imię Marysia. Urodziłam sie w malej miejscowości koło Poznania. Wychowałam sie w rodzinie katolickiej ale do kościółka co niedziele chodziłam tylko dlatego ze byłam zmuszana czy tez dlatego ze tak kazała mi rodzinna tradycja. W gruncie rzeczy nie wierzyłam. Gdy miałam około 10 lat zorientowałam sie ze w moim domu dzieją sie strasznie złe rzeczy. Coraz częstsze kłótnie i "wojny". Ojciec zaczął pić. Popadł w alkoholizm. Od tego czasu moje życie było straszną męczarnią.
Ojciec kiedy był pod wpływem alkoholu bił nas i "terroryzował". Ja jako mały jeszcze dzieciak nie mogłam zrozumieć dlaczego ... co sie dzieje. Po dwóch latach zrozumiałam co jest grane. Bałam się za każdym razem gdy wracałam do domu. Kościół, Bóg i wszystko inne odeszło gdzieś na bok. Zaczęłam obwiniać sie za to co dzieje sie w domu. Nie mogłam sobie tego wybaczyć choć jak każdy wie to nie była moja wina. Kiedy logicznie nie mieściło mi sie to w głowie i nie mogłam sobie z tym poradzić szukałam innego rozwiązania. Fajki, alkohol, towarzystwo i imprezy. Było mi tam dobrze . Nie myślałam co dzieje sie w domu . Nie myślałam ze mama w tej chwili przezywa horror. Byłam zapatrzoną w siebie egoistka.
Staczałam sie z dnia na dzień coraz bardziej. Zaczęły sie problemy z prawem i z nałogami. Po jakimś czasie mojego błogiego życia dostałam kolejnego kopa od życia. Dowiedziałam się, ze moja Mama choruje na raka. Jej stan nie był zbyt dobry. Zaczęły sie szpitale itp. Gdy mama przebywała na leczeniu zostawałam sama z ojcem, który nie omieszkał skorzystać z okazji i wyżyć sie na mnie za wszystkie czasy. Żeby sobie ulżyć próbowałam odebrać sobie życie i to nie raz. Wtedy postanowiłam wyjechać. Niedaleko szpitala gdzie przebywała moja Mama miałam rodzinkę. Jest to bardzo wierząca i kochająca rodzina. Było mi tam dobrze . Jednak było mi tam strasznie głupio i nudziłam sie bardzo. Aż któregoś dnia postanowiłam ze zabije swoją nudę i przejdę sie z nimi do Kościoła na Eucharystie. I tak chodziłam przez kilka dni .
Nie zdawałam sobie sprawy jaką moc ma Msza św. Niby tam byłam ale jednak nie było to cos co jak mówili "dodawało powera". Z ciekawości zapytałam jak oni to robią ze wychodzą z kościoła tak uśmiechnięci szczęśliwi? Odpowiedzieli: " Eucharystia to wielki dar który dostaliśmy. Każdy nawet ty możesz taka być. Sakrament pokuty i przyjęcie Jezusa do serca sprawia ze wszystko inne wydaje sie być proste." Tak wiec postanowiłam spróbować, przecież tym nic nie stracę. Poszłam do spowiedzi. I nagle zrobiło mi sie lżej. Myślałam ze to tylko moja wyobraźnia. Potem Eucharystia i Komunia Sw. przystąpiłam do niej . W którymś momencie jakby światełko jasne zaświeciło mi w oczy. Poczułam ciepło. Popatrzyłam na Krzyż i wydawało mi sie ze Jezus do mnie mówi. Poczułam jakby mnie przytulił do siebie i powiedział "Pozostawiłem Cię na krótką chwile. Ale teraz powróciłem by mocą swoja rozgrzać twoje serce. Kocham cię i czekałem na Ciebie". I wtedy wybuchłam płaczem. Nie był to zwykły płacz. Były to łzy radości.
Wtedy zrozumiałam ze On był ze mną tyle ze ja zaślepiona własnym "ja" nie widziałam tego co On mi daje. Gd wróciłam do domu razem z Mamą postanowiłyśmy zrobić cos z ojcem bo tak nie dało sie żyć. Chwilowo ojciec nie mieszka z nami, nadal walczy z nałogiem ale wierze w to ze będzie dobrze. Mama także czuje sie już lepiej. A ja zrozumiałam ze życie nie opiera sie tylko na logice i bezczynności. Jest tyle rzeczy które możemy zmienić nie tylko w naszych sercach ale i w sercach innych. Od tego czasu nie wyobrażam sobie życia bez Boga. To On mi pomagał i zawsze był przy mnie. Mam cudownych przyjaciół na których zawsze mogę liczyć. Mam w sercu Boga który działa we mnie. Co dzień dostrzegam choć mały cud i małe rzeczy jakie czyni w moim życiu i sercu. wiem już ze nie warto sie poddawać. Wszystko ma swój sens i cel. Choć ból jest i był wielki ... to wiem ze "po każdej burzy wychodzi słonce". Żyję Bogiem a Bóg żyje we mnie. Wiara czyni cuda. I kiedy tracimy nadzieje i wiarę wtedy przychodzi i podnosi nas nawet z największego dna i bagna. Pan jest wielki ... Obecnie moje życie jest inne jest piękne i wspaniale. Mam cudownych ludzi obok siebie, mam wiele sił, motywacje i iskierkę Bożą która sprawia ze teraz to ja poświęcam sie dla Boga i ludzi. Nauczyłam sie jednego : NIERAZ TRZEBA UPAŚĆ BY WZNIEŚĆ SIĘ WYŻEJ!!!
Marysia, lipiec 2005
Alleluja.pl (c) Copyright by polonus 2002 A.D.
Żeby odwiedzić stronkę Inki, a naprawdę warto, możesz kliknąć na ten baner:
Jeżeli pragniesz pomóc szerzyć Słowo Boże, zamieść baner mojego serwisu. Oto kod do wklejenia na stronę:
Klikając na któryś z poniższych banerów pomagasz innym znaleźć moją stronę. Tam też możesz odnaleźć inne interesujące witryny, zajmujące się podobną tematyką.