Żył w ziemi US człowiek imieniem Hiob. Był to mąż sprawiedliwy, prawy, bogobojny i unikający zła.
Księga Hioba 1,1 1127738+12
Zabierz, Panie, całą moją wolność,
moją pamięć, mój rozum i całą moją wolę,
wszystko, co mam i co posiadam.
Ty mi to, Panie, dałeś, Tobie to zwracam.
Wszystko jest Twoje.
Rozporządzaj tym według Twojej woli.
Daj mi tylko Twoją miłość i łaskę,
a to mi wystarczy.
Amen. Św.Ignacy Loyola
Zostałem właśnie pouczony w księdze gości, żebym nie zaczynał swych wypowiedzi od argumentów erystycznych. Czyli „ad personam”. Nie mam pojęcia, co znaczy słowo „erystyczny”, ale domyślam się, że osobie podpisanej, jako „Wiem, że nic nie wiem” chodzi o to, żebym zajął się istotą sporu, a nie atakami personalnymi. Pisze ona dalej: „Mam dosyć wyowiedź z tego gatunku co : "Jesteś durniem, głupcem,nie potrafisz myśleć" itp.”
Cóż…nie bardzo wiem, co odpowiedzieć na takie słowa, bo nigdy nie powiedziałem nikomu, że jest durniem czy głupcem. Trudno się więc bronić przed takim zarzutem. Powiem to dopiero w tym felietonie. Co do słów „nie potrafisz myśleć”, to nie uważam ich za atak personalny, ale stwierdzenie faktu. Jest to jak najbardziej argument merytoryczny. Przypuszczam, że „Wiem, że nic nie wiem” broni innej osoby, która się wpisała jako „Sokrates”. To jemu napisałem, cytuję: „Sokrates, zastanawiam się dlaczego masz takiego nicka? Tamten Sokrates myślał, a jakoś nie mogę tego o Tobie powiedzieć” Nie jest to jednak osobisty atak. Uzasadniłem w następnym zdaniu, dlaczego uważam „Sokratesa” za osobę mającą kłopot z logicznym myśleniem.
Jeżeli cały mój felieton uzasadnia jakiś pogląd, a ktoś po przeczytaniu go wyciąga jedno zdanie z kontekstu, pomija wszystkie moje argumenty i wysuwa zarzut, na który odpowiedziałem już w samym felietonie, to albo jest złośliwy, albo nie przeczytał felietonu, albo jest kretynem. Nie ma innej możliwości. Przy czy słowa „kretyn” nie używam tu w celu obrażenia kogokolwiek, ale raczej jako terminu medycznego. Po prostu, być może, „Sokrates” ma na tyle ograniczone możliwości pojmowania, że nie jest w stanie mnie zrozumieć.
Sokrates prawdziwy był jednym z najwybitniejszych myślicieli i filozofów w historii ludzkości. To on mnie nauczył zadawać odpowiednie pytania i negować niektóre poglądy w sytuacji, gdy większość myśli inaczej. To także dzięki niemu, zanim przytaknę wszystkim naokoło powtarzającym jakiś banał, tylko dlatego, że brzmi poprawnie, zastanowię się, dlaczego miałbym przytaknąć. To, przynajmniej częściowo, dzięki Sokratesowi, powstał tekst pt. „Dlaczego jestem nietolerancyjny”. Oczywiście nie chodzi mi tu o samą tolerancję, czy jej brak, nie wiem, czy Sokrates pisał na ten temat, ale o bezsensowne powtarzanie , że się jest tolerancyjnym, bez zastanowienia się, co to faktycznie oznacza.
Podobnie z argumentami typu: „nie można było tego sprzedać i rozdać ubogim?” Nie będę się powtarzał. Myślę, że uzasadniłem swoje stanowisko logicznie w felietonie pod tym tytułem. Na pytanie „Sokratesa” „Czy przedłużenie ludzkiego życia o kilka tygodni nie jest dostatecznym argumentem za przekazaniem na ten cel "całych dóbr watykańskich"? Przecież życie ludzkie jest bezcenne” mogę odpowiedzieć raz jeszcze: Nie stoimy przed taką alternatywą. Gdybyśmy stali, pewnie Watykan zrobiłby wszystko, żeby życie ludzkie ratować. Ale ani sprzedanie Piety, ani sprzedanie olejku, którym Maria Magdalena namaściła nogi Jezusowi, problemu głodu nie rozwiąże. I zanim ktoś zacznie te bzdury powtarzać po raz kolejny, powinien się zastanowić, co mówi. Albo przynajmniej podać jakiś argument za tym, że jest inaczej. W przeciwnym przypadku będę myślał, że jest albo złośliwy, albo jest kretynem, albo nie czytał tego, co napisałem w moim felietonie.
Nie wiem, rzecz jasna, czy „Wiem, że nic nie wiem” to ta sama osoba, co „Sokrates”, albo „Myśl”. Ich wpisy do księgi gości są z różnych adresów IP, ale to nie świadczy o niczym. Większość moich argumentów z dzisiejszego felietony może dotyczyć także „Myśli”. Ta osoba zarzuca mi, że w swym felietonie bronię „opływających w luksusy kapłanów Kościoła w Polsce” Znowu mam pytanie: Gdzie??!!??!! Znowu albo złośliwość, albo kretynizm, albo po prostu „Myśl” nie przeczytał(a) tego, co napisałem. Po czym właśnie „Myśl” insynuuje mi różne rzeczy niemające nic wspólnego z samym felietonem i nie uzasadniając ich w żaden sposób merytorycznie. Znowu, dyskusja z takimi zarzutami jest praktycznie niemożliwa.
Nie chciałbym, żeby ta stronka przerodziła się w forum personalnych ataków na nikogo, ani mnie, ani moich czytelników. Inne jest zadanie tej witryny. Jednak prosiłbym, żeby wszelkie opinie i zarzuty miały jakiś sens. Żeby były logiczne. Wtedy chętnie będę się bronił. Trudno mi się bronić przed zarzutami typu: „Czy przestał pan już bić żonę?” Jakąkolwiek bym dał odpowiedź na takie pytanie, wyjdę na idiotę. Przy okazji…ciekawy jestem jak „Myśl” uzasadnił(a)by powiedzenie, że „Franciszkanizm” był przedświtem humanizmu? Jeżeli ma na myśli chronologię, to mogę się zgodzić, ale poglądów św. Franciszka z humanizmem nie mogę filozoficznie jakoś pogodzić. Ale jest to już, być może, temat na inny felieton. Ja tylko chciałem wykazać, że kapłani są także ludźmi, choć niektórym trudno w to uwierzyć. I że nie każdy z nich czuje się powołany do życia w ubóstwie. Nie ma nic złego w tym, że ksiądz chodzi w butach, a nawet jeździ samochodem, jada obiad z deserem i ogląda telewizor. Jeżeli adwokat, kelner, kierowca czy nauczyciel ma prawo za swą działalność otrzymywać wynagrodzenie, to także i ksiądz. 1 Kor 9,7-11: Czy ktoś pełni kiedykolwiek służbę żołnierską na własnym żołdzie? Albo czy ktoś uprawia winnicę i nie spożywa z jej owoców? Lub czy pasie ktoś trzodę, a nie posila się jej mlekiem? Czyż mówię to tylko na zwykły ludzki sposób? Czy nie wspomina o tym także Prawo? Napisane jest właśnie w Prawie Mojżesza. Nie zawiążesz pyska wołowi młócącemu. Czyż o woły troszczy się Bóg, czy też powiedział to przede wszystkim ze względu na nas? Bo przecież ze względu na nas zostało napisane, iż oracz ma orać w nadziei, a młocarz - /młócić/ w nadziei, że będzie miał coś z tego. Jeżeli więc my zasialiśmy wam dobra duchowe, to cóż wielkiego, że uczestniczymy w żniwie waszych dóbr doczesnych? I nie jest to obrona opływających w luksusy, ale proste stwierdzenie faktu, że każdy człowiek ma prawo do godziwego wynagrodzenia.
Jeżeli ktoś ma powołanie do pójścia śladami świętego Franciszka, tym lepiej. Ale jest to inne powołanie, inna duchowość. Nie każdy ksiądz musi je odczuwać. I nie każdy kapłan ślubuje ubóstwo. A jeżeli ktoś twierdzi, że trzeba pozbyć się wszystkiego, co nie jest nam niezbędne do przetrwania i przekazania tego ubogim, niech mi poda argumenty dlaczego ma to dotyczyć tylko kapłanów, a nie innych grup społecznych, jak adwokaci, lekarze i biznesmeni? Ciekawy jestem ich argumentacji.
PS. Sprawdziłem, co oznacza termin "erystyczny". Wg. Słownika Wyrazów Obcych PWN oznacza on: "(filoz.)- dotyczący sztuki prowadzenia sporów, umiejętności dyskutowania" Zdanie, którego nie rozumiałem, "Proszę, nie zaczynaj swojej wypowiedzi od argumentów "ad personam", czyli argumentów erystycznych" oznacza, po przetłumaczeniu na język polski: "Proszę, nie zaczynaj swojej wypowiedzi od ataków personalnych, czyli argumentów dotyczących sztuki prowadzenia sporów." Hmmm. Przypomina mi się tu stary dowcip. Rozmawiają dwie osoby. Jedna pewnie była blondynką, albo Sokratesem, ale nie wiem tego na pewno. Pierwsza mówi: -"Mam wrażenie, że niektóre osoby nie rozumieją znaczenia słów, które używają." Blondynka odpowiada: -"Czyżby to było alibi do mnie?" Pozdrawiam.
27/9/2004
Scott Hahn
Odpowiadając wczoraj na wpisy do księgi gości, zostawiłem celowo wpis Kamila18, gdyż przypomniał mi on o pewnej sprawie. Mianowicie o moich nauczycielach. Kamila dziwi, „jak osoba bez wykształcenia teologicznego może dochodzić do tak głębokich wniosków” i sam udziela odpowiedzi: „...udział musi mieć w tym sam Bóg.” Mam nadzieję, że Kamil ma rację. Mam nadzieję, że to sam Bóg ingeruje w moje życie. Ale ja nie mam objawień, nie jestem wizjonerem ani mistykiem. Mam natomiast doskonałych nauczycieli i o nich chciałbym właśnie napisać.
W Stanach Zjednoczonych powstała w ostatnich 20 latach grupa wspaniałych teologów, apologetów i katolickich filozofów. Są bardzo aktywni w nauczaniu naszej wiary i mają doskonałą znajomość Biblii, Katechizmu Kościoła Katolickiego i wszystkiego tego, czego Kościół naucza. Mają też jeszcze inną wspólną cechę. 20 lat temu byli oni wszyscy protestantami.
Jest to zdumiewające, gdyż przejście takie, z protestantyzmu na katolicyzm jest nielogiczne. Jest kosztowne i bolesne. W Stanach katolicy są ciągle pod wieloma względami obywatelami drugiej kategorii. Są gorsi. Są potomkami Polaków, Włochów, Irlandczyków. A ostatnio coraz częściej Meksykanów. Rozumiecie… tych wszystkich brudnych, ciemnych i pijanych ludzi, co nawet nie potrafią poprawnie mówić po angielsku. Może z wyjątkiem Irlandczyków. Ale i oni mówią z tym śmiesznym akcentem.
Tymczasem grupa, o której mówię, to są prawdziwi „WASP”-owie. Pochodzą z rodzin w których od setek lat nie było katolików. Uogólniam tu, są wyjątki, ale w większości uważali oni Kościół Katolicki za kult, aktywnie nawracali oni katolików na „prawdziwe chrześcijaństwo”. WASP, nawiasem mówiąc to skrót od słów white anglo-saxon, protestant. Ta elitarna grupa etniczna w USA, prawdziwi Amerykanie.
Osobą która najbardziej się kojarzy z tą grupą konwertytów jest Scott Hahn. On też jest najbardziej odpowiedzialny za moją wiedzę. Większość mojej znajomości Biblii i nauki Kościoła pochodzi z jego nauczania. Mam wiele jego taśm, książek i wykładów. Jest on teraz profesorem na Franciszkańskim Katolickim Uniwersytecie w Steubenville w Ohio.
Jak to się stało, że stał się on katolikiem? I tylu innych? Wielu z tych „innych” pod wpływem świadectwa i nauki Hahna? Myślę, że najlepiej będzie, jak on sam o tym opowie, wywiad z nim jest na „apologetyce” w polskim języku. Są też fragmenty jego książki. Linki podam pod koniec tego felietonu. Chciałem tylko zwrócić uwagę na pewien fakt. Nauka Kościoła Katolickiego, w porównaniu z nauką odłamów protestanckich, jest trudna. Wymagająca. Nauka o zakazie stosowania środków antykoncepcyjnych. Obowiązek spowiedzi za pośrednictwem kapłana. Nakaz postów. Obowiązek uczestnictwa w coniedzielnej mszy. Wiele, wiele innych, których protestanci nie mają. Na dodatek Kościół uczy, że niewykonywanie tych poleceń i nauk może spowodować wieczne potępienie. Dochodzi jeszcze mało prestiżowy fakt bycia w USA katolikiem i w przypadku wielu z tych konwertytów utrata pracy, wyklęcie przez rodzinę i odejście przyjaciół. Scott Hahn, tak jak wielu innych, był pastorem. Nie mógł więc kontynuować swej pracy po przejściu na katolicyzm. Nie bardzo wiedział, co będzie robił, a miał już wtedy wielodzietną rodzinę.
Dlaczego więc to robią? Co ich motywuje? Nie da się tego inaczej wytłumaczyć niż uczciwością i miłością do Boga. Są to inteligentni ludzie, niezwykle oczytani, wykształceni i znający doskonale wiarę. Wszyscy oni, gdy doszli do wniosku, że Kościół Katolicki jest jednak tym Kościołem, który założył Jezus, zaufali Bogu i podjęli tę trudną decyzję. Bez względu na konsekwencje. Oczywiście wielu z nich znalazło inne prace, także nauczając wiary. Niektórzy utworzyli swe własne „apostolaty”, inni pracują na uczelniach, inni jeszcze znaleźli cywilne zajęcia. Ale bez względu na to, co robią teraz, dają oni świadectwo Prawdzie.
Zauważyłem jeszcze jedno ciekawe zjawisko. Wszyscy oni bardzo ciepło mówią o swych poprzednich kościołach. Są im wdzięczni za to, że w nich poznali Jezusa i poznali Biblię. Wielu rzeczy im brakuje w Kościele Katolickim, które były obecne w dawnym kościele, jak np. poczucie więzi, rodziny. Także nie każdy kapłan katolicki jest tak dobrym mówcą, jak przeciętny pastor w kościele baptystów. Cóż, kapłan jest… kapłanem, nawet jak nie potrafi mówić kazań. Może zawsze składać ofiarę. Pastor niepotrafiący nauczać jest nikim. Jakże różnią się oni od tych osób, które odeszły od prawdziwego Kościoła. Byli katolicy najczęściej nie mają ani jednego dobrego słowa na temat katolicyzmu. Dobrego i prawdziwego. Smutne.
Kim są więc ci ludzie? Podam kilka nazwisk. Zacząłem ten felieton od wpisu Kamila do księgi gości na temat argumentów na istnienie Boga. Moje rozważania na ten temat to wpływ nauk Petera Kreefta. To profesor filozofii w Boston College i, rzecz jasna, były protestant.. Same argumenty pochodzą też nie od niego, a przynajmniej nie wszystkie, ale od św. Augustyna i św. Tomasza. Także wiele jego materiału można znaleźć na apologetyce. Wystarczy KLIKNĄĆ TUTAJ i wpisać „kreeft” do wyszukiwarki. Powód dla którego ja zacząłem pisać te argumenty jest dwojaki. Po pierwsze w okresie, gdy zacząłem to robić, byłem zaangażowany w dyskusję na forum, dotyczącą istnienia Boga, a po drugie napisanie czegoś własnymi słowami pomaga mi w zrozumieniu pewnych rzeczy. Nie wszystkie argumenty są łatwe, przynajmniej dla mnie. Pisałem je więc także dla siebie. Oczywiście utknąłem na piątym i nie wiem, kiedy do nich powrócę, ale kiedyś na pewno się to stanie. Kamil, cierpliwości.
Innym znacząćym konwertytą jest Thomas Howard, pisarz, teolog i filolog, wykładowca literatury angielskiej na uniwersytecie i mój "pen pal". Wymieniamy od czasu do czasu z profesorem Howardem listy pocztą elektroniczną. Wywiad z nim w języku polskim można przeczytać klikając NA TEN LINK.
Inne osoby odgrywające znaczącą rolę w mojej nauce to Tim Staples, dyrektor apologetyczny CATHOLIC RESOURCE CENTER , Karl Keating, założyciel i prezydent organizacji CATHOLIC ANSWERS , Jimi Akin, dyrektor apologetyczny tej organizacji, STEPHEN RAY , autor wielu książek, filmów i programów radiowych i telewizyjnych, Marcus Grodi, założyciel i dyrektor organizacji „COMING HOME NETWORK , Steve Wood, założyciel organizacji DADS.org dla chrześcijańskich ojców rodziny i wielu, wielu innych.
Kamil, jak widzisz więc, to nie są całkiem moje przemyślenia, albo, inaczej mówiąc, pomaga mi w nich wielu doskonałych nauczycieli. I tak właśnie widzę rolę swoją i tej stronki. Przekazywanie dalej tego, czego oni mnie nauczyli. A gdy ktoś pragnie dotrzeć do samego źródła, zapraszam do napisania do mnie. Chętnie podam więcej namiarów do doskonałych materiałów apologetycznych. Jedną z rzeczy, która od niedawna jest dostępna w necie, są przedruki z doskonałego periodyku apologetycznego, produkowanego przez Catholic Answers, „This Rock Magazine”. Egzemplarze tegoroczne są TUTAJ i z tej stronki łatwo dotrzeć do egzemplarzy starszych. Prawdziwa uczta dla tych, których pasjonuje apologetyka i którzy znają angielski.
27/9/2004
Nie można było tego rozdać ubogim?
Parę dni temu usunąłem wpis do księgi gości. Zrobiłem to, bo głownie składał się z wulgaryzmów. Prawdę mówiąc nie powinienem się tym zajmować więcej, nie mam się z czego tłumaczyć. Jednak zarzuty, jakie udało mi się odszukać między jednym przekleństwem a drugim są tak częste w rozmowach z wrogami Kościoła, że postanowiłem się nimi zająć.
Anonim ten napisał (nie będzie to cytat, bo tego co on napisał nie da się dosłownie zacytować, ale oddam jego myśl): „Księża jeżdżą jakimiś BMW a biedacy grzebią w śmietnikach…”
Ilekroć słyszę taki zarzut, nasuwa mi się parę spostrzeżeń. Przede wszystkim nie wiem, gdzie są ci kapłani, co jeżdżą BMW. Na pewno się zdarzają, ale ja jakoś jeszcze nie spotkałem żadnego. Wiem, że jak się pojawia Maybach w Toruniu, to cała prasa krzyczy, że pewien kapłan ma najluksusowsze auto na świecie, ale, o ile wiem, okazało się to tylko plotką. Słyszałem też, że inny kapłan w Gdyni ma najnowsze Audi. Być może. I pewnie są obaj sobie winni, że jakoś nie są kojarzeni z świętym Franciszkiem. Ale wiem też, że jak się w Krakowie pojawia luksusowe auto, to nikomu nie przychodzi do głowy, że to samochód kardynała Macharskiego. I jak Arka Noego śpiewa, że „taki chudy może świętym być”, to akurat krakowski kardynał wszystkim do głowy przychodzi. Może dlatego, że Franciszek? Nie wiem. Ale myślę, że raczej dlatego, że świadczy on całym swoim życiem, jaki powinien być kapłan.
W Polsce jest kilkadziesiąt tysięcy księży. I, choć trudno w to niektórym uwierzyć, są oni ludźmi. Takimi jak my. Mimo, że znakomita większość z nich to cudowni, oddani i pobożni kapłani, zdarzają się wyjątki. Trudno, żeby było inaczej. Święcenia kapłańskie nie gwarantują bezgrzeszności. Jest im szczególnie trudno w dzisiejszych czasach, gdy wiele „świętości” przestało obowiązywać w codziennym życiu. Nie tylko nie dziwi nikogo zdrada małżeńska, ale wręcz facet zdradzający żonę jest podziwiany przez swych kolegów. Lub przynajmniej uważany za normalnego. Ten, który dotrzymuje wierności coraz częściej jest uważany za dziwaka i nieudacznika. Podobnie w innych dziedzinach życia. Lekarze z pensją poniżej średniej krajowej jeżdżą mercedesami, politycy opływają w bajkowe bogactwa, zwłaszcza ci, którzy mają możliwości cos załatwić, wg UE Polska jest najbardziej skorumpowanym krajem w Unii… I nikogo to nie szokuje, raczej wielu z nas przyjmuje taką rzeczywistość za „normalkę”.
Wszyscy wiedzą, że trzeba dać lekarzowi w łapę, żeby się leczyć, że urzędnik nic nie załatwi bez „załącznika”, a politycy nas oburzają, ale nie na tyle, żeby nie głosować na nich w następnych wyborach. Na tym tle fakt, że nieuczciwy ksiądz ciągle oburza jest chyba optymistycznym obrazkiem. Kapłani są ostatnią grupą w naszym społeczeństwie po których się spodziewamy ciągle uczciwości, dotrzymania ślubowań i po prostu świętości. Ale niech nas tak bardzo nie dziwi, że nie wszyscy spośród nich są święci. Oni wyrośli w naszych domach, w naszym społeczeństwie. Od nas się uczyli wartości i tolerancji dla łamania praw ludzkich i Bożych.
Nie chcę być tu źle zrozumiany. Ja ani nie bronię nieuczciwych i grzesznych księży, ani nie zgadzam się z tymi, którzy uważają, że taka jest ich większość. Jestem przekonany, że znakomita większość kapłanów to wspaniali i święci ludzie. Im bardziej święci, tym mniej o nich słyszymy. Ale: „Nieżywa mucha zepsuje naczynie wonnego olejku.” (Koh 10,1a). Jeden kapłan skandalicznie się zachowujący psuje opinię całemu Kościołowi i rzuca cień na wszystkich swoich braci.
Wydaje mi się, że sam Jezus przewidział, że tak będzie. Albo po prostu wynika to z naszej ludzkiej natury. Gdy spojrzymy na Jego apostołów, cóż widzimy? Już nawet nie mówię o Judaszu, wrócę do niego za moment. Ale inni? Szymon-Piotr zaparł się Jezusa pod przysięgą przed dziewką służebną, Jan z Jakubem wykłócali się o najwyższe miejsce przy Panu, Tomasz wątpił w zmartwychwstanie, Mateusz był celnikiem, urzędnikiem okupanta Żydów… niewiele wiemy o apostołach z Biblii, ale to, co wiemy, nie wygląda zbyt zachęcająco. Ale świętość Kościoła nie wynika ze świętości członków, tylko ze świętości Jezusa. „Jezus usłyszał to i rzekł do nich: Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników.” (Mr 2,17)
Gdybyśmy mniej krytykowali kapłanów, a więcej się za nich modlili, może inaczej by Kościół wyglądał. Oni naszych modlitw potrzebują. Nie jest im łatwo. Ich posługa jest bohaterska, ich poświęcenie się dla nas i dla Jezusa niezwykłe. To wielkie zobowiązanie i niezwykle trudne zadanie wytrwać w świętości całe życie, na dodatek pod nieustającym okiem krytyków. Ich rodziny liczą po parę setek, czy nawet tysięcy „dzieci” i wszyscy ich kontrolują… takie życie to wielki stres.
Innym aspektem jest to rzekome bogactwo Kościoła. Przede wszystkim jest to nieprawda. Najbardziej krytykują Kościół pod tym względem ci, którym najtrudniej cokolwiek złożyć w ofierze. A gdy potrzebują czegoś od Kościoła, na przykład pragną ochrzcić dziecko, czy wziąć ślub, oburzają się, że kapłan oczekuje ofiary pieniężnej. Dziwne, że te same osoby idąc do restauracji nie dziwią się, że po skończonym obiedzie dostają rachunek, czy, że mechanik samochodowy także żąda zapłaty. A równocześnie z jakiegoś niezrozumiałego powodu spodziewają się, że parafia przygotuje kościół, kwiaty, świeczki, organista, ksiądz i światła… wszystko za darmo. Inaczej proboszcz jest złodziejem i krwiopijcą.
Księża „cywilni” nie ślubują ubóstwa. Za swą posługę powinni być wynagradzani. Jeżdżenie samochodem nie jest grzechem i w dzisiejszych czasach jest koniecznością. Zwłaszcza w rozległych, wiejskich parafiach. Poza tym większość wiernych nie chce mieć biednego proboszcza. Wielu uważa to za wstyd. Wielu ludzi jest dumnych z tego, że ksiądz mieszka w ładnym domu, że ma ładny samochód, że się jakoś prezentuje. Ci, którzy mają powołanie do ubóstwa, najczęściej zostają ojcami zakonnymi. Nic złego nie ma w tym, że kapłan w parafii żyje na podobnym poziomie, jak jego parafianie.
Człowiek, gdy kogoś kocha, pragnie go obdarowywać. Nie ma znaczenia tu, czy jest to Bóg, rodzina, czy bliźni. Poglądy moje i mojej żony na sprawę pomocy bliźnim są bardzo podobne, ale ciągle sprawia jej przyjemność, gdy otrzyma ode mnie coś „świecącego”. Nie mówi mi: „Mogłeś to sprzedać i rozdać ubogim”. Bo można zrobić jedno i drugie. A sprzedanie jednego pierścionka żony nie nakarmi nawet jednej osoby przez dłuższy czas.
Całe dobra watykańskie, wszystkie dzieła sztuki, jakie Kościół zgromadził przez wieki, gdyby je sprzedano, pozwoliłyby na parotygodniowe zaopatrzenie żywności głodujących. Przy czym po kilku tygodniach głodujący zaczęliby głodować od nowa, a świat byłby ograbiony z cudownej spuścizny kulturalnej po naszych przodkach. Nie jest to żadne rozwiązanie. Głód na świecie nie panuje dlatego, że brak żywności, w końcu rządy wielu krajów wręcz płacą rolnikom za to, że oni trzymają ziemię odłogiem. Problemem jest dystrybucja, nieudolne i nieuczciwe rządy i ustroje. A gdy jakiś region świata nawiedzi klęska żywiołowa, to katolickie organizacje są wśród pierwszych, niosących pomoc. I jak kogoś „gryzie” samochód proboszcza, zawsze może dać coś na ubogich przez Caritas.
Jezus sam nam pokazał, jak podchodzić do tych spraw, w scenie z jawnogrzesznicą i faryzeuszem: „A oto kobieta, która prowadziła w mieście życie grzeszne, dowiedziawszy się, że jest gościem w domu faryzeusza, przyniosła flakonik alabastrowy olejku i stanąwszy z tyłu u nóg Jego, płacząc, zaczęła łzami oblewać Jego nogi i włosami swej głowy je wycierać. Potem całowała Jego stopy i namaszczała je olejkiem. Widząc to faryzeusz, który Go zaprosił, mówił sam do siebie: Gdyby On był prorokiem, wiedziałby, co za jedna i jaka jest ta kobieta, która się Go dotyka, że jest grzesznicą. Na to Jezus rzekł do niego: Szymonie, mam ci coś powiedzieć.[…]Odpuszczone są jej liczne grzechy, ponieważ bardzo umiłowała. A ten, komu mało się odpuszcza, mało miłuje. Do niej zaś rzekł: Twoje grzechy są odpuszczone. Na to współbiesiadnicy zaczęli mówić sami do siebie: Któż On jest, że nawet grzechy odpuszcza? On zaś rzekł do kobiety: Twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju! (Lk 7)
Jezus wręcz uczy nas tu, że okazywanie mu miłości, przez użycie olejku, który jest bardzo drogi, było wyrazem wiary, która doprowadziła do odpuszczenia grzechów i do zbawienia tej kobiety. Nie wyklucza to faktu, że zbawcza jest też pomoc bliźnim, Jezus i tego uczy wyraźnie w innych miejscach, jak choćby w scenie ukazującej nam sąd ostateczny, (Byłem głodny, a nie daliście mi jeść… Mt 25), ale jedno nie wyklucza drugiego. Możemy okazywać miłość naszemu Bogu przez pomoc bliźnim i przez ofiary dla Jego Kościoła.
W innej scenie święty Jan opisuje ucztę w domu Łazarza: Jn 12,3-8: „Maria zaś wzięła funt szlachetnego i drogocennego olejku nardowego i namaściła Jezusowi nogi, a włosami swymi je otarła. A dom napełnił się wonią olejku. Na to rzekł Judasz Iskariota, jeden z uczniów Jego, ten, który miał Go wydać: Czemu to nie sprzedano tego olejku za trzysta denarów i nie rozdano ich ubogim? Powiedział zaś to nie dlatego, jakoby dbał o biednych, ale ponieważ był złodziejem, i mając trzos wykradał to, co składano. Na to Jezus powiedział: Zostaw ją! Przechowała to, aby /Mnie namaścić/ na dzień mojego pogrzebu. Bo ubogich zawsze macie u siebie, ale Mnie nie zawsze macie.”
Ile razy słyszę krytykę pod adresem księży i wiernych, dających tym księżom te miliony, przypomina mi się ten werset. Jest on zdumiewająco prawdziwy. „Powiedział to nie dlatego, że dbał o biednych, ale ponieważ był złodziejem”. Myślę, że każdy powinien się przyjrzeć swojemu postępowaniu. Zanim zaczniemy wyciągać drzazgi z oczu innym. Nikt nikogo nie zmusza do datków w kościele, ale będziemy rozliczeni z tego, jak o kościół dbaliśmy. Nie traktujmy go gorzej niż warsztatu samochodowego. Jak nie z miłości do Boga, to ze zwykłej ludzkiej uczciwości powinniśmy o niego dbać. A gdy rzeczywiście spotkamy jakiegoś kapłana, który ma problem, módlmy się za niego. Gdy problem wykracza poza moralne zmagania, gdy popełnione zostało przestępstwo, ksiądz, tak jak każdy inny człowiek, powinien odpowiedzieć za to. Ale nie twórzmy legend tam, gdzie ich nie ma. I nie zapominajmy, że Kościół ma wielu wrogów. Na krytyce Kościoła można zarobić i wielu z tego korzysta. Nie każda gazeta mająca w tytule „fakty” pisze prawdę. Czasami podaje tylko mity i przekłamania. A odrobina sceptycyzmu, obiektywizmu i zwykłego logicznego myślenia nikomu jeszcze nie zaszkodziła.
27/9/2004
Księga gości
Dzisiaj chciałbym napisać parę słów na temat wpisów do księgi gości. Przede wszystkim dziękuję wszystkim za wpisy. Ważne jest dla mnie co sądzicie o tej stronce. Wiem, że ma ona licznik odwiedzin, ale nie jestem tak naiwny, żeby sądzić, że każdy, kto tu zagląda, czyta cokolwiek. To właśnie księga gości pokazuje mi, że niektórzy z was jednak są zainteresowani moim pisaniem.
Nie wszystkie wpisy są miłe, ale jest ich znakomita większość. Szczerze mówiąc chciałbym, żeby tych krytycznych było trochę więcej. Chciałbym docierać także do tych, którzy się nie zgadzają z moimi poglądami. Chętnie bym z tymi ludźmi podyskutował. Jeżeli, rzecz jasna, będzie to możliwe w sposób cywilizowany.
Podczas całego czasu trwania tej witryny, czyli od grudnia poprzedniego roku, usunąłem chyba tylko dwa, lub trzy wpisy do księgi. I to nie ze względu na merytoryczną zawartość, ale na wulgaryzmy. Jednym z tych wpisów postaram się jeszcze zająć w następnym felietonie, bo problem w nim poruszony dość często „wyskakuje” w rozmowach z wrogami Kościoła.
Dziękuję „pani Małgosi z Elbląga” za wspomnienie o tej witrynie na falach eteru i wszystkim, którzy zawiadamiają o niej swych przyjaciół. Myślę, że stronka ta służy dobrze sprawie ewangelizacji w naszych neopogańskich czasach i dobrze by było, żeby dotarła do jak największej ilości osób. Zwłaszcza tych, którzy wątpią, szukają, czy nie rozumieją naszej wiary.
Rozpiętość wpisów jest zdumiewająca, trudno to skomentować jednym zdaniem. Zwłaszcza, że jednych zdumiewa moja wielka wiedza, inni są przerażeni moją tępotą. Hmm. Punkt widzenia zapewne zależy od punktu siedzenia, a ja może przytoczę tu tylko słowa świętego Pawła: 1 Kor 1,18-27: „Nauka bowiem krzyża głupstwem jest dla tych, co idą na zatracenie, mocą Bożą zaś dla nas, którzy dostępujemy zbawienia. Napisane jest bowiem: Wytracę mądrość mędrców, a przebiegłość przebiegłych zniweczę. Gdzie jest mędrzec? Gdzie uczony? Gdzie badacz tego, co doczesne? Czyż nie uczynił Bóg głupstwem mądrości świata? Skoro bowiem świat przez mądrość nie poznał Boga w mądrości Bożej, spodobało się Bogu przez głupstwo głoszenia słowa zbawić wierzących. Tak więc, gdy Żydzi żądają znaków, a Grecy szukają mądrości, my głosimy Chrystusa ukrzyżowanego, który jest zgorszeniem dla Żydów, a głupstwem dla pogan, dla tych zaś, którzy są powołani, tak spośród Żydów, jak i spośród Greków, Chrystusem, mocą Bożą i mądrością Bożą. To bowiem, co jest głupstwem u Boga, przewyższa mądrością ludzi, a co jest słabe u Boga, przewyższa mocą ludzi. Przeto przypatrzcie się, bracia, powołaniu waszemu! Niewielu tam mędrców według oceny ludzkiej, niewielu możnych, niewielu szlachetnie urodzonych. Bóg wybrał właśnie to, co głupie w oczach świata, aby zawstydzić mędrców, wybrał to, co niemocne, aby mocnych poniżyć;” 1 Kor 2,14: „Człowiek zmysłowy bowiem nie pojmuje tego, co jest z Bożego Ducha. Głupstwem mu się to wydaje i nie może tego poznać, bo tylko duchem można to rozsądzić.”
Ja nie jestem teologiem, jestem kierowcą. I nigdy nie ukrywałem tego faktu. Ale fakt ten nie przeszkadza mi w posiadaniu pewnej wiedzy teologicznej. A nawet wręcz pomaga, bo jeżdżąc ciężarówką mam wiele czasu na studiowanie teologii. W internecie, w zasobach audioteki radia EWTN i na taśmach i płytach CD dostępnych z Saint Joseph Communication i innych źródeł, jest wiele wspaniałego materiału. A ponieważ teologia stała się (z jakiegoś nie całkiem zrozumiałego dla mnie powodu) moją pasją, słucham tych materiałów godzinami.
Oczywiście moja wiedza nie jest usystematyzowana, trudno mi określić, jak jest ona głęboka. Słucham materiałów popularnych i wykładów na poziomie uniwersyteckim. Ile z tego zapamiętuję, trudno powiedzieć. Pamięć nie jest moją najmocniejszą stroną. Ale czasem mi „ktoś” podpowiada, co napisać, czy powiedzieć w dyskusji na czacie.
Wszystkie te rzeczy, jakie się tu znajdują, to są moje przemyślenia oparte na odkryciach innych. Ja nie jestem naukowcem. Jestem apologetą. Moje zadanie to wytłumaczyć wiarę, wytłumaczyć dlaczego jako chrześcijanie-katolicy wierzymy w pewne rzeczy. Wytłumaczyć i bronić wiary. Jako katolik wierzę we wszystko, czego naucza Kościół. W 100 %. Nie ma ani jednej doktryny, dogmatu czy nauki, z którą bym się nie zgadzał. Myślę, że gdyby było inaczej nawet nie zabierałbym się za apologetykę. Dlaczego? Bo nasza wiara opiera się na autorytecie Kościoła. Pisałem już nie raz o tym, m.in. w tekście o Biblii. A gdy odrzucimy jakąkolwiek doktrynę Kościoła, odrzucamy cały Jego autorytet i wtedy mamy już tylko do czynienia z opiniami. A o opiniach trudno dyskutować.
Jezus powiedział, zakładając swój Kościół: Mt 16,18-19: „Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr [czyli Skała], i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie.” Mt 18,18: „Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co zwiążecie na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążecie na ziemi, będzie rozwiązane w niebie.”
Obietnica dana najpierw indywidualnie Piotrowi, wraz z kluczami- symbolem urzędu, a więc „dziedziczności”, ciągłości jego unikalnej roli jako namiestnika, widzialnej głowy Kościoła i zaraz później wszystkim apostołom, ale już nie indywidualnie, ale zbiorowo, całej grupie. Obietnica niezwykła, bo sam Bóg „związał sobie ręce”. Wskazuje ona wyraźnie na to, że Bóg musi chronić Kościół, poszczególnych papieży i kolegium biskupów przed głoszeniem błędów. I tak na to patrząc przestaje dziwić, że czytając dokumenty Kościoła od pierwszych wieków, od „Didache” i listów św. Ignacego z Antiochii, który znał prawdopodobnie św. Jana Apostoła i być może był przez niego wyświęcony, widzimy w nich dzisiejszy Kościół Katolicki.
Przez to, że zrządzeniem losu znalazłem się w Stanach i mam dostęp do angielskojęzycznych materiałów, może mniej dostępnych w Polsce, mogę trochę inaczej spojrzeć na naszą wiarę. Może pomogę niektórym zrozumieć pewne doktryny. Może fakt, że nie jestem teologiem, kapłanem, czy katechetą pozwoli niektórym przemóc się i zainteresować tym, co kierowca może powiedzieć ciekawego o wierze. Może mój styl pisania jest inny. Nie wiem, nie bardzo sam rozumiem, jak się to stało, że siedzę pół nocy nad laptopem pisząc o Bogu, o wierze i o Kościele. Ale świadomość, że ktoś to czyta znaczy dla mnie wiele. I jeżeli choć jednej osobie pomogłem w zrozumieniu Prawdy, warto było się w to bawić. Zwłaszcza, że nie kosztuje mnie to wiele. Największą frajdę sprawia to pisanie mnie samemu. A was proszę o dalsze wpisy i do powiadamiania innych o tej stronie. Z góry dziękuję. Hiob.
27/9/2004
Jezus zapłakał
Słuchając niedzielnej Ewangelii nasunęło mi się kilka spostrzeżeń, z którymi chciałbym się z wami podzielić. Czytania były z Ewangelii Łukasza ((Łk 16,19-31). Jest to przypowieść o żebraku i bogaczu. Ciekawostką jest to, że jest to jedyna przypowieść w całej Biblii, gdzie jeden z bohaterów jest nazwany po imieniu. Co więcej, Jezus nazwał go imieniem swego przyjaciela, Łazarza. Myślę, że nie zrobił tego bez powodu.
Bogacz z przypowieści prosi Abrahama o to, żeby posłał on Łazarza na ziemię, aby ten ostrzegł jego braci przed tragizmem swej sytuacji. Wywiązuje się ciekawa wymiana zdań: Abraham odparł: Mają Mojżesza i Proroków, niechże ich słuchają. Nie, ojcze Abrahamie - odrzekł tamten - lecz gdyby kto z umarłych poszedł do nich, to się nawrócą. Odpowiedział mu: Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, nie uwierzą.
Jest to dlatego ciekawe, że prawdziwy Łazarz, przyjaciel Jezusa, powstał z umarłych. Zobaczmy więc, jak na to zareagowali „bracia bogacza”:
Jn 12,9-10: Wielki tłum Żydów dowiedział się, że tam jest; a przybyli nie tylko ze względu na Jezusa, ale także by ujrzeć Łazarza, którego wskrzesił z martwych. Arcykapłani zatem postanowili stracić również Łazarza, gdyż wielu z jego powodu odłączyło się od Żydów i uwierzyło w Jezusa.
Jak więc widzimy cud przywrócenia do życia Łazarza pomógł w uwierzeniu w Jezusa wielu prostym ludziom, ale establishment, bogacze, przywódcy ludu, byli tak zaślepieni, że tylko jednym się przejęli…stratą swych wpływów. I jedynym rozwiązaniem, jakie im przyszło do głowy, była próba zgładzenia nie tylko Jezusa, przyczyny cudu, ale i samego Łazarza..
Nic dziwnego, że Jezus zapłakał tuż przed wskrzeszeniem swego przyjaciela. Myślę, że nie dlatego zapłakał, że przyjaciel zmarł. Wiedział On przecież, że go za moment przywróci do życia. Ja myślę, że łzy naszego zbawiciela były z spowodowane żalem, że cud ten nie przyniesie owoców, że zostanie odrzucony przez faryzeuszów.
Nawiasem mówiąc słowa te, ( ”Jezus zapłakał”, J 11,35) tworzą najkrótszy werset w całej Biblii. Nie ma to, rzecz jasna, merytorycznego znaczenia, ale podaję to jako ciekawostkę.
27/9/2004
Wrześniowe orędzie Maryi
W ostatnim orędziu Maryja ponownie namawia nas do modlitwy. To jest Jej główny motyw przez ostatnie miesiące, a nawet lata. Cóż, widocznie ciągle się nie modlimy. Trudno nam znaleźć pół godziny na odmówienie różańca w naszym zagonionym świecie. Przykre jest tylko to, że z reguły nie mamy problemu ze znalezieniem pół godzinki na obejrzenie ulubionego programu w telewizji, czy to będą Wiadomości, Złotopolscy, Simsonsi, czy jakikolwiek inny program. Ale ja wiem, że jak się zacznie od różańca, to na jedno i drugie starcza czasu. Wystarczy zacząć od „dużych kamieni”. A o tych pisałem już 17. maja, więc nie będę się powtarzał. A oto ostatnie orędzie Maryi z 25. września:
“Drogie dzieci! Wzywam was, abyście byli miłością tam gdzie panuje nienawiść i pokarmem tam gdzie panuje głód. Dziatki, otwórzcie wasze serce i niech wasze ręce będą wyciągnięte i szczodre, tak aby poprzez was stworzenie dziękowało Bogu Stworzycielowi. Dziatki módlcie się i otwórzcie serce na Bożą miłość, a to jest niemożliwe, jeśli się nie modlicie. Dlatego módlcie się, módlcie się, módlcie się. Dziękuję wam, że odpowiedzieliście na moje wezwanie.”
18/9/2004
Czaty, cenzura i istnienie Boga.
Jest po północy i właśnie skończyłem dyskusję na czacie z grupą przypadkowo spotkanych osób. Zazwyczaj bywam na czatach chrześcijańskich, ale w nocy zwykle one pustoszeją i czasem zajrzę na „cywilne”. Tylko, że i tam dość często zaczynam mówić o Bogu. Albo zacytują Biblię. Albo moja wiara się jakoś inaczej „wymknie”. Wtedy bardzo często zaczyna się ciekawa dyskusja, nie o Bogu, ale o mnie. Że narzucam, że jestem zacofany, że to nie jest czat religijny, że prałat ma jaguara, że mamy XXI wiek i żeby sobie dał spokój. Jest to o tyle ciekawe, że gdy ktokolwiek inny ma swoją opinię na jakikolwiek inny temat, nikogo to nie razi, nie oburza i nie dziwi. Może z wyjątkiem polityki, ale i to działa inaczej. Ludzie albo unikają tematów politycznych, albo się wykłócają zawzięcie, ale nikt tych dyskutujących nie uważa za nawiedzonych, czy nienormalnych. Natomiast jak się zacznie mówić o wierze, na takie opinie jest się od razu narażonym.
Jest to o tyle ciekawe, że jest to stosunkowo nowe zjawisko. Jak poczytamy jakąkolwiek książkę, której akcja dzieje się w XIX wieku, lub wcześniej, Bóg istnieje tam w codziennym życiu ludzi. Czy to będzie Nad Niemnem, Chłopi, Trylogia, Krzyżacy, klasyka literatury rosyjskiej, nawet Dumas… trudno znaleźć cokolwiek, w czym by nie zauważano Boga. Nie zawsze jest to podręcznik do nauki katechizmu, choć często, jak np. u Sienkiewicza, wiele spostrzeżeń jest zadziwiająco głębokich teologicznie. Ale nikogo nie dziwi, ze „normalni” ludzie rozmawiają o Bogu.
We współczesnym świecie jest trochę inaczej. Bóg zszedł do podziemia. Jest w pewnym sensie nawet gorzej niż w Rzymie z czasów Jezusa. Wtedy może rzeczywistość była gorsza od dzisiejszej, dalsza od nauki chrześcijańskiej, ale nikt nie negował tego, ze Bóg, lub jacyś bogowie istnieją. Nie każdy był chrześcijaninem, ale każdy wierzył w jakieś „sacrum”. Dzisiejszemu człowiekowi Bóg już nie jest potrzebny i jak o Nim słyszy, zaczyna się złościć i denerwować.
Nasze czasy nawet trudno nazwać „neopogańskimi”, bo poganie tez wierzyli w bogów. I gdy słyszeli o prawdziwym Bogu, słuchali z zainteresowaniem. Dzisiejszy człowiek założył, ze Boga nie ma, wbrew logice, ale kto dziś logicznie myśli? Sam stal się sobie Bogiem, powtarzając grzech prarodziców z Raju. Sam decyduje, co jest dobre, a co złe. Nie widząc zupełnie, że odrzucając Boga i Jego autorytet, powoduje, że samo pojęcie dobra i zła nie ma żadnego sensu. Bo jeżeli to ludzie decydują, to co stoi na przeszkodzie, żeby jakaś grupa uznała, ze mordowanie innej grupy etnicznej jest dobrem? Kto ma decydować, ze to niemoralne? Sąd w Norymberdze sądził na podstawie prawa naturalnego. Ale teraz, pół wieku później, istnienie tego prawa wszyscy zdają się negować, bo jak nie ma Boga, to skąd to prawo?
Jeżeli ta rzeczywistość, jaka nas otacza, powstała przypadkiem, to i żadne prawo nie może istnieć, żadne, oprócz ludzkiego. A co człowiek napisał, może zmienić. Wiec jak jakaś społeczność uzna, ze niewygodną mniejszość można zlikwidować, to kto im zabroni? Jak uznamy, że dziecko nienarodzone nie jest osobą, to kto nam zabroni zabić je nawet na minuty przed narodzeniem? To tylko kruczek prawny, pozwalający nam uniknąć więzienia za zabicie dziecka. Skuteczny, skoro nie ma moralności, a tylko jest ludzkie prawo.
Ja mam nadzieję, że najgorsze już za nami. Nie przestanę mówić o Bogu, nie dlatego, że się zmuszam, ale dlatego, że Go kocham. A o tym, co kochamy, zawsze chętnie mówimy. Tylko, że tą miłość On sam mi zaszczepił. A więc zapewne nie tylko mnie. Myślę, że takich ludzi jest więcej. Na tym czacie jedna osoba broniła mnie jak lwica, parę było umiarkowanie życzliwych… myślę, że Bóg powraca.
Tym bardziej, że najnowsze zdobycze nauki zaczynają potwierdzać fakt Jego istnienia. Naukowcy już dość dokładnie potrafią określić wiek wszechświata i nawet zobaczyć jego początek. Powoduje to jednak nieuchronne pytanie: Skąd ta pramateria, która wybuchła? I prawdopodobieństwo… przyjąć, że wszechświat powstał przypadkowo z tego prawybuchu można tylko wtedy, gdy założy się, że nie ma Boga. Tak, jak przyjąć, że Mona Lisa powstała przypadkowo można tylko wtedy, jak przyjmiemy, że nie istnieli nigdy malarze. Tylko, że takie założenie wydaje się nam tak absurdalne, że nawet mu trzech sekund nie poświęcimy. Patrząc na ten obraz widzimy wyraźnie, że to nie przypadkowe rozlanie się farb, ale czyjś talent i praca spowodowały końcowe dzieło.
Cóż… świat jest troszkę bardziej skomplikowany, niż nawet największy obraz. Czy się przyjrzymy jednej komórce, czy mrowisku, czy motylowi, czy układowi słonecznemu, czemukolwiek… każda z tych rzeczy zadziwia swą strukturą, ładem, stopniem skomplikowania. I z uporem godnym lepszej sprawy wielu powtarza, że system ten powstał przypadkiem.
Powiedzmy, że ktoś wygrał w totka milion. Mógł to być przypadek. Co tydzień się zdarza. Jakby wygrał drugi raz, to już troszkę się sprawa komplikuje. Zapewne parę osób zaczęłoby podejrzewać, ze jakaś machlojka się wydarzyła. Ale jakby wygrywał co tydzień przez, powiedzmy, 20 lat… 1000 razy pod rząd… to wtedy każdy by wiedział, ze to oszustwo, a nie przypadek. Takich przypadków nie ma. Tymczasem prawdopodobieństwo czegoś takiego jest miliardy razy większe, niż prawdopodobieństwo przypadkowego powstania naszej rzeczywistości.
Nasz wszechświat powstał na skutek całego łańcucha kolejnych wydarzeń. W tym łańcuchu są miliony ogniw, i prawdopodobieństw tego, ze którekolwiek z tych ogniw zaistniało przypadkowo jest równe praktycznie zeru. Mamy wiec ciąg nieprawdopodobnych wydarzeń, ciąg nieprawdopodobnie długi. Trzeba wielkiej wiary, żeby odrzucić wiarę w Boga.
G K Chesterton powiedział prawie sto lat temu, ze człowiek odrzucając wiarę w Boga, nie zaczyna w nic nie wierzyć, ale zaczyna wierzyć we wszystko. Waldemar Łysiał w książce „Stulecie Kłamców” poświęca cały rozdział naukowcom, niektórzy z nich są Noblistami, którzy doszli do tego, że teoria powstania Świata bez Boga nie ma żadnego sensu. Nie sensu teologicznego, ale matematycznego. Gdyby zastosować takie kryteria do tej teorii, jak się stosuje do innych nauk, to wniosek jest jeden. Świat nie mógł powstać. Część naukowców mówi jednak: Ale ponieważ powstał, to metody badawcze są złe. Coraz więcej jednak przyznaje, że metody są dobre, wskazują one jednak wyraźnie na to, że za powstaniem Wszechświata stoi jakaś Inteligencja.
Zacząłem od czata, a doszedłem do dowodów na istnienie Boga. Zacząłem kiedyś pisać na ten temat i nigdy tego nie dokończyłem… Może kiedyś. Dziś tylko na koniec powiem, że, mimo że nie dziwi mnie taka reakcja na wspomnienie Boga na czacie, to głęboko wierzę, że jest ona coraz rzadsza. Wydaje mi się, że młodzi teraz są bardziej uduchowieni i wierzący, niż w czasach, jak ja byłem młody. I to nie tylko jest sprawa władzy, czy demokracji. „Za komuny” pod jednym względem było nawet łatwiej wierzyć, bo młodzi są z natury buntownikami, a Kościół był w opozycji. Ale wiara dzisiejszej młodzieży jest inna, głębsza. Nie jest ona, żeby komuś cos pokazać, ale pochodzi z potrzeby serca. I nie są to tylko młodzi, bo nawet i trochę starszym udaje się czasem przeżyć głębokie nawrócenie.
7/9/2004
Działania pozorne
Otrzymałem dzisiaj od kilku osób, przez komunikator Gadu-Gadu, kopię listu z prośbą o zapalenie znicza i posłanie tego listu dalej ze swoim podpisem. W zasadzie nic złego, poza tym, że gdzieś tak od trzeciej przesyłki zaczynają one już mnie irytować. I przypominają one te listy-łańcuszki, grożące siedmioma nieszczęściami, gdy się łańcuszek przerwie i główną wygraną w totka, gdy się list wyśle do 10 znajomych. Ja co prawda nigdy nic w totka jeszcze nie wygrałem, ale też mnie żadne nieszczęścia nie spotykają. Mimo, że wszystkie łańcuszki przerywam. A w totka nie gram, więc to może być przyczyną moich niepowodzeń. Nie o tym jednak chciałem napisać, lecz o działaniach pozornych. Wiele osób robi rzeczy, które nie mają żadnego znaczenia. Nie mają na nic wpływu, nic nie zmieniają. Powodują tylko to, że się im poprawia samopoczucie. Ale ja zawsze miałem problem z kierowaniem się bardziej sercem niż rozumem. Wiem, że to jest moje kolejne oświadczenie, które może zaszokować niektórych. Jak to o nietolerancji. Pozwólcie mi je więc uzasadnić.
Często uważamy, że sercem kierują się ludzie dobrzy, zazwyczaj młodzi, niewinni romantycy. Z wyrachowaniem do świata natomiast podchodzą osoby, które życie nauczyło, że „ostatnich gryzą psy”, zgorzknieli cynicy i wstrętni materialiści. Tylko jak się zastanowić, to rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. Jeżeli naszym celem jest dać komuś pomoc, czy to materialną, czy wsparcie duchowe, modlitewne, to ważne, żeby to było skuteczne. A skuteczność można określić tylko rozumem, nie sercem. List na necie, opisujący tragedię jakiejś rodziny, czy będzie to chore dziecko, czy umierający mąż, wzrusza i powoduje, że odruchowo chcemy pomóc. Tylko zapominamy wtedy, że oszust internetowy nie zamieszcza swojego zdjęcia w pasiaku więziennym, z podbitym okiem i dwudniowym zarostem, prosząc o nasze portfele. Przynajmniej ci oszuści, którzy odnoszą sukcesy, zawsze są w stanie grać na naszych najgłębszych odczuciach. Dlatego zawsze przedstawiają jakąś wzruszającą historię. A my nie mamy żadnej możliwości sprawdzenia, ile jest w niej prawdy.
To, żeby nasza pomoc była skuteczna, wymaga trochę pracy. Wymaga ruszenia się od komputera i poszukania tych potrzebujących. Wczoraj w Watykańskim radiu usłyszałem, że Caritas pomaga ofiarom tych tragicznych wydarzeń w Biesłanie. Jest to jedna z tych instytucji, której można zaufać. Wpłata na ten, czy inny podobny cel na pewno przyniesie konkretny, wymierny pożytek. Wysłanie wiadomości na Gadu-Gadu raczej nie.
Symbole mają jakieś znaczenie, ale nie wtedy, gdy zastępują działanie. Nie jestem przekonany czy ktokolwiek z tych, nadawców listu zapalił znicz. O to ten list prosił. Obawiam się, że może ograniczyły się te osoby do przesłania samej wiadomości. Przypomniało mi to spotkanie kilkudziesięciu znanych amerykańskich aktorów przed kilkunastu laty w celu zamanifestowania swej solidarności z głodującymi ludźmi. Na bankiecie, na którym się spotkali, podzielili się na kilka grup. Jedna trzecia z nich zasiadła do suto zastawionych stołów, druga część miała podany tylko ryż, a trzecia grupa nie dostała nic. W ten sposób symbolicznie pokazali, jak wygląda podział żywności wśród narodów świata.
Bardzo to ładny symbol, sam bym nad nim uronił łezkę, gdyby nie parę problemów z tym symbolem. Znowu ten mój mały rozumek zaczyna myśleć i przeszkadza się rozczulić memu sercu. Po pierwsze od tej ckliwej demonstracji poparcia nie przybyło jedzenia ani jednemu z głodujących. Fakt, że ludzie głodują jest raczej powszechne znany, aktorzy ci nie odkryli Ameryki, nie wiem więc, co chcieli osiągnąć. Podejrzewam, że raczej tylko zwiększenie swojej popularności. Po drugie na samo to spotkanie wielu z nich przyleciało prywatnymi odrzutowcami, a z lotniska dotarli na ten bankiet w bardzo długich limuzynach. Przecież taki wybitny aktor nie może lecieć kursowym samolotem, czy też jechać zwykłą taksówką. A może by raz dla odmiany tak zrobić? Nie dla telewizji i poklasku publiczności, ale dla tych głodujących. Zamiast wynajmować odrzutowiec, kupić bilet. W klasie turystycznej. Za wąskie siedzenia? Jedzenie niesmaczne? Ależ to miało być dla głodujących przecież…A zaoszczędzone pieniądze przekazać cichutka na Caritas. I nie byłyby to małe sumy. Prywatne odrzutowce, nawet tylko wynajęte są raczej drogim środkiem transportu.
Uważam, że my, katolicy, za mało oddajemy naszych pieniędzy na pomoc naszym bliźnim. Wiem, że większość ludzi, albo może raczej głośniejsza część populacji, uważa, że jest inaczej. Ale widzę też, co leży na tacy i jakie są ceny w realnym świecie. Ludzie, którym ciężko podczas składki oderwać rękę od dziesięciodolarowego banknotu, nie mają problemu z tym, że prosto z kościoła idą do knajpy, gdzie wydają na śniadanie pięćdziesiąt dolarów. Ja nie oceniam tu żadnej konkretnej osoby, wiem, że niektórym jest naprawdę ciężko. Ale to jest kwestia zaufania. Zaufania Bogu. 90% pieniędzy w portfelu z Bożym błogosławieństwem to naprawdę jest więcej niż 100 % bez tego błogosławieństwa. Nie mówię też o sobie tutaj. I ja nie jestem bez winy. Wysyłanie jednak listów bez najmniejszego sensu niczego tu nie zmieni. I nie mówcie mi, że te pieniądze proboszcz pakuje w materac. Pewnie są jakieś sporadyczne przypadki nieuczciwych kapłanów, ale przynajmniej w naszej diecezji kościelny biuletyn podaje ile pieniędzy zebrano i na jakie cele się rozeszły. I nie kapłani te informacje zamieszczają. Ciekawym podam tylko, że na parafię mającą 5 tysięcy rodzin, średnia niedzielna składka nie przekracza 50 tysięcy dolarów. To mniej, niż 10 dolarów na rodzinę. Naprawdę wstyd. A biednych i potrzebujących nawet w Stanach nie brakuje. Tylko nasza parafia prowadzi misje pomocy w górskich regionach stanów Tennessee i Kentucky i na Jamajce. Diecezja pomaga w dużo szerszym zakresie.
Może ktoś powiedzieć, że taki list przypomina o potrzebie pomocy. Nie sadzę, żeby akurat to było teraz potrzebne. Nie ma chyba nikogo, kto nie pamięta w tych dniach o tragedii w Biesłanie. Ale zamiast prowadzić pozorowane działania warto ten czas przeznaczyć na konkretną pomoc. Czy to materialną, czy na modlitwę za te biedne dzieci i ich rodziny. Oni naprawdę potrzebują naszego wsparcia. A modlitwa, w przeciwieństwie do znicza, jest bardzo konkretną pomocą. Modlitwa może zmienić wszystko. Znicz i bezsensowna wiadomość wysłana przez Gadu-Gadu w praktyce nie zmienia niczego.
Mamy takie powiedzenie w języku angielskim na działania pozorne. Symbolism over substance. Myślę, że nie trzeba tego nawet tłumaczyć. Wracając do poprzedniego przykładu z głodem, przypomina się sytuacja aktualnie panująca w Angoli i Zimbabwe. Ziemia zabrana białym obszarnikom i rozdana czarnym mieszkańcom tego regionu Afryki leży odłogiem, a miliony ludzi umierają z głodu. Ale „sprawiedliwości stało się zadość”. Tylko, że wylano dziecko z kąpielą. Symbolism over substance.
Proszę więc, nie przysyłajcie mi listów łańcuszków. I tak go przerwę. Nie ma żadnego znaczenia, jaki będzie jego temat. Jeżeli ktoś uważa, że jest rzecz warta opowiedzenia, mogę coś tu napisać o tym. Gdy np. w Lublinie wydarzyło się tragiczne pobicie studenta przez chuliganów, właśnie na prośbę przyjaciela z tego miasta, napisałem coś o tym. Co prawda nie napisałem dokładnie tego, o co mu chodziło, ale to już trudno. Ale ja zazwyczaj piszę nie to, czego się inni spodziewają. Myślę, że, przynajmniej część z moich gości dlatego właśnie odwiedza tę stronkę. I skończmy z działalnością pozorną. Chyba czas uciszyć serce i zacząć logicznie myśleć. Ci, którzy oczekują na konkretną pomoc na pewno na tym skorzystają.
1/9/2004
Srebrne wesele i antysemityzm
Dzisiaj mam srebrne wesele. 25 lat temu odbył się nasz ślub, mój i Grażynki. A nawet dwa, bo wtedy wymagany był przez władze także ślub cywilny. Mieliśmy więc rano uroczystość w Pałacu Ślubów, po południu natomiast właściwy ślub w kościele. Kilka miesięcy temu moja siostra miała podobną uroczystość, a parę dni temu nasi rodzice obchodzili Złote Gody. Razem 100 lat, całkiem nieźle. Boże, dziękujemy Ci za te łaski, których tak obficie udzielasz naszej rodzinie.
Zamieściłem też dzisiaj nowy tekst w dziale „Rozważania”. Tytuł tego tekstu to Antysemityzm i głupota.
Nie ma on nic wspólnego z naszymi rocznicami, nie jest nawet mojego autorstwa. Napisał go zmarły przed czterema laty pisarz, Andrzej Szczypiorski. Jest to fragment książki "Z notatnika stanu wojennego" wydanej przez londyńskie wydawnictwo "POLONIA" w 1983. roku. Zamieszczam go jednak, ponieważ moje poglądy pokrywają się z tym, co napisał pan Szczypiorki w 100%. A ponieważ był on dużo bardziej utalentowanym pisarzem niż ja, nie będę odkrywał na nowo Ameryki, ale podpiszę się obiema rękami pod tekstem tego zmarłego przed paru laty pisarza.
Jedyne, co łączy moją rodzinę z tym, co pan Szczypiorski, rówieśnik mojego taty, napisał, to to, że i w naszej rodzinie nigdy nie było miejsca na antysemityzm ani na żadną inną formę rasizmu, czy ksenofobii. Nigdy rodzice nie oceniali nikogo inaczej, niż po jego czynach. Fakt, że ktoś był Żydem, Cyganem, Murzynem czy kimkolwiek innym nie miał żadnego znaczenia. Dziękuję Bogu także i za to.
Alleluja.pl (c) Copyright by polonus 2002 A.D.
Żeby odwiedzić stronkę Inki, a naprawdę warto, możesz kliknąć na ten baner:
Jeżeli pragniesz pomóc szerzyć Słowo Boże, zamieść baner mojego serwisu. Oto kod do wklejenia na stronę:
Klikając na któryś z poniższych banerów pomagasz innym znaleźć moją stronę. Tam też możesz odnaleźć inne interesujące witryny, zajmujące się podobną tematyką.